13 OFF / Tomasz Mielech „Ślady pamięci”

To było fascynujące, niemal detektywistyczne tropienie zrujnowanej materialności. Odkrywanie, że tego zostało więcej, niż się spodziewałem.

Tomasz Mielech Fotograf silnie od zawsze kojarzony z Karkonoszami i Jelenią Górą, kieruje swój obiektyw na ziemię łużycką i zostaje jej klimatem uwiedziony. Czy to mniej więcej tak powstał projekt „Ślady pamięci”?

Rzeczywiście, można byłoby tak powiedzieć. Przede wszystkim zostałem uwiedziony historią miejsca, którego nie znalem. Mieszkając blisko Górnych Łużyc, praktycznie nic o nich nie wiedziałem — nie znalem ich historii, tradycji. A zatem było to doświadczenie na miarę wielkiego, osobistego odkrycia.

Czyli to był przypadek?

Może tak, a może miało tak być… (uśmiech). W każdym razie, było to dla mnie edukacyjnie ważne spotkanie. To było poznanie nowej krainy, która jest na wyciągnięcie ręki, a która jest tak odrębna od Dolnego Śląska — mało osób zdaje sobie z tego sprawę. Odkryłem ją dla siebie i jestem zafascynowany tym miejscem. Tym, z jakim bogactwem możemy się tam spotkać i z jaką determinacją mieszkańców tej ziemi mamy do czynienia od wieków.

Jaką funkcję w odkrywaniu historii pełni fotografia? Jest narzędziem rejestracji procesu czy katalizatorem autonomicznej artystycznej kreacji?

Starałem się unikać kreacji artystycznej. Te fotografie są odmienne od tego co robię na codzień. Nie estetyzuję tego obrazu w jakiś szczególny sposób, nie zależy mi tym, żeby te fotografie olśniewały wyrafinowaną estetyką. Bardziej zależało mi na tym, żeby udokumentować stan pewnej agonii, destrukcji wielu miejsc, które odnalazłem na Górnych Łużycach. Stan zaniku pięknego świata, właściwie koniec jego historii w wielu bardzo urokliwych jego zakątkach, gdzie czasem nie możemy się doszukać drobnego jego śladu. Dodatkowa przeszkodą jest to, że właściwie nie ma źródeł, w których można byłoby ten poprzedni, miniony świat zobaczyć. Porównać, jak te miejscowości wyglądały kiedyś, nawet jeszcze tuż po 1945 roku. Wtedy nikogo te miejscowości nie interesowały, nie były inwentaryzowane, nikt nie robił tam zdjęć albo te nie są one dostępne.

Co uznałeś za najważniejsze w tym projekcie?

To, by sfotografować miejscowość, której ślady są trudne do odnalezienia. To było fascynujące, niemal detektywistyczne tropienie zrujnowanej materialności. Odkrywanie, że tego zostało więcej, niż się spodziewałem. Ślady są jeszcze jakoś czytelne, można z tego złożyć opowieść. Dla mnie to jakby punkt wyjścia do kolejnego etapu. Chciałbym móc tam wrócić i fotografować dawnych mieszkańców, tych, którzy zostali stamtąd wysiedleni. To jest niesamowita historia, jeszcze do udokumentowania, do opowiedzenia. Poza tym, mimo, że z tego świata zostało tak niewiele, można pamięć o nim obudzić.

Szlachetna technika wykonania zdjęć dla tego projektu jest bardzo wymagająca, również logistycznie. Czy jej zastosowanie to gest szacunku dla pamięci?

Dla mnie to jest codzienność, posługuję się wyłącznie technikami klasycznymi. Bardzo lubię materialność tak zrealizowanego obrazu. Lubię pracę z wielkoformatowym negatywem, całą ceremonię, którą trzeba wykonać przed sfotografowaniem i po. Istotne również jest to, że dzięki stosowaniu tej tradycji, te fotografie przetrwają dłużej. I dłużej będzie trwała pamięć o tym, co fotografowane.

Rozmawiała: Agnieszka Plech

Udostępnij:

Skip to content