9 OFF / Hubert Humka – “Death Landscapes”

Wyobraziłem sobie letnie obozy, kolonie, pierwsze przyjaźnie, miłości. Ale jak tylko zsiadłem z promu i postawiłem nogę na jej brzegu, moje uczucie zmącił niepokój. Im dłużej przechadzałem się po wyspie, tym bardziej ten niepokój odczuwałem. Poczułem, jak Utøya się kurczy, jak staje się klaustrofobiczna, jak chciałem z niej uciec.

Wywiad Agnieszki Plech z Hubertem Humką autorem wystawy Death Landscapes

  • W niektórych miejscach, nawet niezwykle pięknych, mimo estetycznego zachwytu odczuwamy niewytłumaczalny niepokój… Czy tak zaczęła się Twoja praca nad projektem Death Landscapes? 

Rzeczywiście, punktem wyjścia była pewna refleksja dotycząca pejzażu. Zauważyłem, że zbrodnie często popełniano w pięknych, nawet idyllicznych miejscach. Ich widok przenosi nas w rejony wspomnień, rodzi przyjemność. Zaczęło mnie interesować, jak postrzegamy te miejsca w kontekście traumatycznych wydarzeń, które tam się rozegrały. Czy ten pejzaż i idylla rozpadły się i pozostał jedynie skażony raz na zawsze krajobraz? Czy istnieją jakieś dowody to potwierdzające, pęknięcia, rysy, blizny. 

Ale takim pierwotnym impulsem była najzwyczajniej ludzka ciekawość tych miejsc. Chciałem ich doświadczyć, znaleźć się tam i pozwolić miejscu oddziaływać na mnie z całą jego mocą. Miałem je dobrze udokumentowane, funkcjonowały wcześniej w mojej wyobraźni dzięki przyswojonym materiałom wizualnym, ale to nigdy nie jest to samo, co być tam osobiście. Rzeczą wtórną było dla mnie wykonanie fotografii. Najważniejsze było przeżycie, odczucie tego miejsca. Dlatego nie miałem żadnych założeń co do liczby fotografii z danego miejsca, ani jaki mają mieć charakter. Może poza jednym: zależało mi na tym, żeby nie było na nich ludzi. Chciałem by te miejsca przemówiły pełnym głosem. Dlatego w niektórych miejscach wykonałem tylko jedną fotografię, a w innych kilka. Nie oznacza to, że miejsca, gdzie powstało ich więcej, zadziałały na mnie mocniej. Moje zdjęcia robiłem z założeniem, że być może uda mi się uchwycić na materiale światłoczułym pewną aurę tych miejsc, ich energię, będąc tam w szczególnym czasie, bo w rocznicę wydarzeń jakie tam się rozegrały. Szczególnie istotne było dla mnie, by zaistniało to przecięcie konkretnego czasu i przestrzeni.

  • Krzysztof Miller zauważył, że ludzie często odwracają się od drastycznych zdjęć dokumentalnych, trudno im przyjąć do wiadomości, że utrwalone na nich wydarzenia są rzeczywiste. Ten projekt wibruje tajemnicą… Z jakimi reakcjami odbiorców po „odkryciu” jego opisu się zmierzyłeś?

Myślę, że część zdjęć z tego projektu z powodzeniem mogłaby zawisnąć na ścianie nad kanapą, korespondując z kolorystyką zasłon w dużym pokoju i tym samym spełniać funkcję przyjemnego landszaftu zdobiącego wnętrze. Ale optykę postrzegania zmienia kontekst. Dla mnie wprost diametralnie. Będąc świadomym kontekstu, nie chciałbym ich mieć na swojej ścianie. Z daleka te zdjęcia sprawiają wrażenie przyjemnych i lekkich, ale gdy w nie wchodzimy, zaczynają ciążyć i choć jest to wciąż ten sam obraz, coś się w nas zmienia. Inną ciekawą rzeczą jest to, że w sensie dramaturgicznym nic strasznego się na nich nie dzieje. Jednak mimo tego, porównując je np. do fotografii wojennych, na których widać rannych czy zabitych, one jednak ciążą. To bardzo ciekawe obserwować widzów gdy zachodzi w nich ta zmiana, gdy kontekst wywraca wszystko, nadając im inny wymiar. Niekiedy, gdy poznają daną historię, są tymi obrazami tak mocno poruszeni, że nie chcą już ich nigdy więcej oglądać.

  • Czy po zrealizowaniu tego cyklu jesteś przekonany, że miejsca lub przedmioty przyjmują i oddają aurę wydarzeń, których były świadkami?

To pytanie pozostawiam otwartym i kieruję je do każdego widza. Odpowiedziałem sobie na nie tym projektem i wykonanymi fotografiami, a widzowie oglądając je, sami mogą to ocenić. Oczywiście śledzą mój punkt widzenia, patrzą na te miejsca moimi oczami, w rezultacie po części odczytują moje odczucia. Ale jest też w tych zdjęciach olbrzymia przestrzeń dla nich. Czy te miejsca to tzw. „guilty landscapes”? Czy są neutralne a cały proces zachodzi w nas, bo to my nadajemy im znaczenie? Myślę, że w niektórych miejscach ta aura była dla mnie bardziej odczuwalna, przez co mocniej się we mnie wryły i co chyba widać na moich fotografiach. Ale ktoś inny na moim miejscu mógłby je odczuć zupełnie inaczej. Dla przykładu, pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem wyspę Utøya. Pomimo pełnej świadomości, co tam się wydarzyło, uległem jej urokowi. Pomyślałem, że to doskonałe miejsce na letni wypoczynek, na przygodę. Wyobraziłem sobie letnie obozy, kolonie, pierwsze przyjaźnie, miłości. Ale jak tylko zsiadłem z promu i postawiłem nogę na jej brzegu, moje uczucie zmącił niepokój. Im dłużej przechadzałem się po wyspie, tym bardziej ten niepokój odczuwałem. Poczułem, jak Utøya się kurczy, jak staje się klaustrofobiczna, jak chciałem z niej uciec. Albo piwnica jednej z bytomskich kamienic, gdzie odnaleziono zwłoki Teresy R., ofiary seryjnego mordercy Joachima Knychały. Pamiętam doskonale jak w trakcie robienia zdjęć w głowie cały czas dźwięczały mi słowa z pamiętnika Knychały opisujące tę zbrodnię. Uderzające było też uczucie, że pomimo ponad czterdziestu lat od zbrodni to miejsce wygląda zupełnie tak, jak na milicyjnej fotografii z ujawnienia zwłok: ta sama kłódka przy zamku, identyczna linia zacieku przebiegająca przez drzwi do komórki… Spojrzałem nawet pod nogi, czy przypadkiem nie stoję w zaschniętej plamie krwi.

  • Ten projekt jest ważny dla Ciebie jako artysty czy jako człowieka?

Nie wydzielam takich sfer, dla mnie to jedność. Nie przestaję być artystą po godzinach pracy. Gdy przystępuję do pracy nad czymś nowym, zawsze najważniejszą rzeczą jest dla mnie zmiana, bez wartościowania na lepsze czy gorsze. Jeśli praca nad projektem niczego we mnie nie zmienia, to z mojego punktu widzenia nie ma sensu się jej podejmować. Po drugie, istotna jest dla mnie zmiana w widzu, któremu dostarczam ten projekt. Charakter tej zmiany, jej intensywność, głębia, to już bardzo indywidualna kwestia. W ten sposób każdy projekt, nad którym pracuję, oddziałuje na wszystkie sfery mojego życia. Patrząc pod kątem mojej twórczości, „Death Landscapes” jest kontynuacją eksplorowania ciemnej strony człowieka, przyglądania się złu jakie w nim jest. Jest to konsekwencja pewnych zainteresowań, może nawet lekkiej obsesji na ten temat. Zarówno w poprzednich moich działaniach twórczych, jak i tutaj, cały czas staram się naszkicować portret złego. 

  • Tematyka śmierci, zła to wymagający obszar twórczości, tak w odbiorze, jak i w trakcie realizacji. Czy po zakończeniu projektu odczuwasz potrzebę odmiany?

Tak, potrzebuję nabrać dystansu, odciąć się od tego na jakiś czas. Praca z materiałami dotyczącymi niegodziwości, zbrodni, zła, zawsze pozostawiają w tobie swój ślad. Zagęszczają i brudzą myśli. Dzieje się tak mimo przyzwyczajenia i znieczulenia, które się z czasem pojawiają. Mam też wrażenie, że to znieczulenie ma pozorny charakter i swoim działaniem przypomina tabletki na ból głowy. Często mówię, że jeśli wahadełko wychyla się ekstremalnie w jedną stronę, trzeba znaleźć sposób, by wychyliło się w drugą, a w rezultacie wróciło na swoje miejsce gdzieś po środku. Nie wiem, czy mi się to udaje. Na pewno się staram, choć myślę, że zawsze pozostaje jakiś osad. Tą odskocznią nie musi być kolejny, „lżejszy projekt”. To może być wszystko. Chociaż, patrząc na moją dotychczasową twórczość, to dzieje się jakoś naturalnie. Po projekcie „Evil Man”, poświęconemu ofiarom zabójstw i samobójcom, powstały „Ladies of Love” o pozornie lżejszej tematyce, gdyż śmierć zastąpiła miłość. Ale gdy głębiej się w nie wejrzy, wcale nie wyglądają już tak neonowo-kolorowo. Projekt, nad którym obecnie pracuję, jest nieco odmienny w charakterze od „Death Landscapes”. Może to ten naturalny czas na dystans, którego potrzebuję? Zobaczymy.

Zapraszamy na spotkanie z Hubertem Humką 18 października 2019 r. do Miejskiej Biblioteki Publicznej godz. 18:00 oraz na wernisaż wystawy Death Landscapes 19 października 2019 r. do Muzeum Śląska Opolskiego godz. 17:00

Udostępnij: