10 OFF / Mariusz Forecki – Mechanizm

Moja intencja jest czysta – zarejestrować. Nie dopowiadam, nie wymyślam ani nie rozbieranego na czynniki pierwsze.

Agnieszka Plech: Wydaje się, że fotografowanie przez Pana życia w Polsce w ostatnich trzech dekadach uaktywniło w artyście gen socjologa, a to podpowiada kierunek interpretacji zdjęć prezentowanych na Opolskim Festiwalu Fotografii. Mimo to tytuł Mechanizm nadany książce i wystawie może być trudny do odszyfrowania…

Mariusz Forecki: Każdy kto opisuje rzeczywistość opierając się na dokumencie jest w pewnym sensie socjologiem – kimkolwiek by nie był – pisarzem czy reporterem. Nie uważam się jednak za artystę – mam wrażenie, że to słowo jest dzisiaj dość mocno nadużywane. Jestem fotografem dokumentalistą i to najpełniej określa to, co robię. Myślę, że co innego jest w mojej pracy wartością – mam zarejestrować to, co mnie poruszyło, najlepiej jak potrafię. Jeśli potem uda się z tego ułożyć opowieść i zwrócić uwagę na coś, czego nie zauważamy na co dzień, to zadanie jest spełnione. A tytuł tej książki nie jest taki trudny do odszyfrowania… Społeczeństwo to zbiór postaw grupy ludzi, to mechanizm, który działa w pewien sposób, sam się napędza, funkcjonuje i ewoluuje… ta książka jest tak pomyślana, by pokazać jak to się zmienia w miarę upływu czasu.

A.P.: To był czas zapijania się wolnością na umórtego zdania z opisu projektu nie sposób zapomnieć. Czy przy selekcji materiału, nie pojawiała się jednak inna refleksja że był to również czas pewnych iluzji?

M.F.: Zapijanie się wolnością – to Piotr Gajdziński napisał… no, ale trochę tak było… Dzisiaj to my możemy ewentualnie upić się piwem bezalkoholowym … (śmiech) A wtedy ludziom tak się wszystkiego „chciało się chcieć”… Czas iluzji? Jeśli to jest czytelne na tych zdjęciach, to też po części o to chodziło. Nie podejmuję się jednak interpretacji tego materiału, ponieważ mój do niego stosunek jest zbyt osobisty. Znam te zdjęcia, bardzo je lubię, przywiązałem się do niektórych i w takiej sytuacji ich interpretacja… to jest zbyt trudne. Jeśli odbiorcy potwierdzają, że ten przekaz działa – to moja rola się tu kończy. Już nie mam nic więcej do powiedzenia. Moja intencja jest czysta – zarejestrować. Nie dopowiadam, nie wymyślam ani nie rozbieram tego na czynniki pierwsze. Zwłaszcza, że aparat fotograficzny jest takim narzędziem, które jako jedyne potrafi od razu zapisać to, co mnie poruszyło.

A tekst Gajdzińskiego jest tłem, rodzajem przypomnienia kontekstu historycznego, podpowiedzią dla ludzi, którzy nie doświadczyli osobiście tego czasu, co okazuje się pomocne, zwłaszcza dla młodszych oglądających.

Zabawa w małej wsi Kamionka nieopodal Gniezna, 1988. Zdjęcie autorstwa Mariusza Foreckiego z książki pt.: Mechanizm.

A.P.: Takich zdjęć jak w projekcie Mechanizm nie zobaczymy na łamach gazet, między innymi dlatego, że fotografia prasowa niemal przestała istnieć. Rozpoczął się natomiast inny etap w Pana twórczych działaniach – Fundacja PIX.HOUSE…

M.F.: Odpowiem trochę przewrotnie – to nie jest prawda, że fotografia nie istnieje w prasie! Ona tam nadal jest, tylko inaczej… W czasach, gdy ja zaczynałem fotografować, prasy nie postrzegano jako produktu, który bezwzględnie musi na siebie zarabiać i ściśle trzymać się linii programowej. Nie mieliśmy też takiej wiedzy jak powinna działać redakcja. Stwarzało to ogromne ograniczenia, ale też pozostawiało nam dużo swobody. Wtedy fotoreporter oprócz obowiązku ilustrowania tekstu, wykonywania portretów rozmówców mógł przedstawiać swoje własne propozycje, a fotoreportaże były bardzo pożądane! To dawało nam niesamowitą wolność wyboru tematów, nie trzeba było się martwić czy materiał jest zgodny z linią pisma, jak ma funkcjonować w jego kontekście.

A PIX.HOUSE (założony w 2016 roku wraz z Adrianem Wykrotą, obecnie składa się z 5 osób) pojawił się w moim życiu w związku z potrzebą prospołecznego działania i uświadomienia sobie, że fotografia połączona z działaniem, w tym, działaniem performatywnym – ma sens. Pierwszy raz poczułem to po trzęsieniu ziemi w Armenii, kiedy w roku 1989 zrobiliśmy jeszcze z dwoma kolegami, na gruzach w centrum miasta plenerową wystawę, ze świeczkami ustawionymi przy fotografiach zaginionych ludzi – to w niesamowity sposób oddawało tamte emocje.

A ideą PIX.HOUSE jest skupienie się na ludzkich historiach i popularyzacja fotografii dokumentalnej. Temu służą wszystkie działania, które prowadzimy – wystawy, konkursy, warsztaty, spotkania autorskie, festiwal książek fotograficznych XPRINT – wszystko to jest dostępne bezpłatnie. Muszę tu podkreślić jak istotne jest dla nas wsparcie finansowe z zewnątrz – zarówno ze sfery publicznej – samorządowej, ministerialnej, jak i prywatnej – od indywidualnych, anonimowych sponsorów i co jest niezwykle poruszające – od ogromnej grupy ludzi przekazujących nam fundusze np. poprzez portal Polakpotrafi.pl. Jesteśmy za to naprawdę wdzięczni, to nas nieustannie motywuje do rozwoju. Zdajemy sobie sprawę, że bez tych środków nasze istnienie przez 5 lat nie byłoby możliwe. Tworzymy miejsce pełne twórczej wolności, zwłaszcza, że każdy z nas w PIX.House ma rodzaj fotograficznego ADHD, ciągle coś nas kręci, lubimy wyzwania. Poza tym dzięki temu, że jesteśmy w różnym wieku, możemy się od siebie wzajemnie uczyć. A wydawanie książek… no cóż, każdy z nas jest trochę próżny – fajnie, gdy coś się opublikuje (śmiech). A bardziej serio – koszt wydania książki i realizacji wystawy jest porównywalny, a „życie” książki jest przecież zdecydowanie dłuższe! Zostaje po nas trwalszy ślad.

A.P.: Książki wydawane przez PIX.HOUSE zawierają cenne treści dla amatorów sztuki fotografii – zarówno zdjęcia jak i teksty, poza tym jednak wzrok przyciąga ich wyrafinowana szata graficzna. To wyłącznie wyraz estetycznych pasji wydawcy czy strategia o innym znaczeniu?

M.F.: I jedno i drugie. Nasz grafik – Andrzej Dobosz ma po prostu swobodę twórczą, chociaż nie – jest jeden „ogranicznik” – nasz księgowy (śmiech)! Poza tym, nie nam oceniać dla kogo jest to oferta. Wiele jednak może wskazywać na to, że jest to obecnie raczej rynek elitarny. Decyzja o ostatecznej wizji książki zostaje podjęta, gdy czujemy, że jest OK – jest to poniekąd realizacja potrzeb… artystycznych (mówiłem, że nie jestem artystą? (śmiech)). Choć krótko mówiąc – ważne jest by było to coś, z czym się identyfikujemy.

Udostępnij: