11 OFF / Kuba Kamiński „Szeptuchy”

Fotografia uratowała mnie jako człowieka. […] Sprawiła, że stałem się bardziej otwartą osobą.

Agnieszka Plech: Szeptuchy to projekt zrealizowany dość dawno, ale od jakiegoś czasu znowu wraca do wystawowych przestrzeni…

Kuba Kamiński: Tak, wraca. To jest dziwne. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale mam pewne przypuszczenia – to się dziwnie zbiegło w czasie z pandemią. A może dlatego, że świat się zmienia? Ludzie szukają innych sposobów na leczenie, na radzenie sobie ze swoim życiem – trochę tak to odczytuję. Jest wielu chętnych, aby o tym rozmawiać, których to interesuje.

Czy to dlatego zdecydował Pan o pokazaniu tego materiału już w czasie jesiennego lockdown’u w roku 2020?

Powód był prozaiczny: mam ten projekt dobrze wydrukowany i przygotowany do ekspozycji (śmiech). Może to rozczarowujące, ale nie chciałbym się uciekać tutaj do mistycyzmu – choć w aspektach tworzenia chętnie zgłębię ten temat. Moje plany filmowe na przyszłość dotyczące Szeptuch też chodzą za mną. Więc może jest w tych decyzjach coś mistycznego, nieoczywistego…

Fotografia to nie była pierwsza miłość?

Rzeczywiście – nie. Od dziecka to film był mi bardzo bliski, fascynowało mnie jego tworzenie. Natomiast mój dziadek zajmował się fotografią profesjonalnie. Był w to tak zaangażowany, że niemal nas tym zamęczał. Fotografia w takim wydaniu mnie nie zainteresowała, uważałem to za zajęcie dość nudne, męczące – to ustawianie, pozowanie… Tymczasem jako nastolatek trafiłem na zajęcia z filmowania w Domu Kultury na Ochocie i próbowałem swoich sił jako filmowiec. Wtedy jednak na film było trochę za wcześnie, nie miałem swojego głosu. Od strony wizualnej może nie było to złe, ale reżyseria wymagała  trochę więcej wiedzy, a proces filmowy był żmudny i pracochłonny. Miłość do fotografii przyszła do mnie w wieku lat 17-18, gdy zauważyłem, że w ciągu 1/125 sekundy może powstać skończone dzieło. (śmiech) Wtedy też rozwijało się we mnie patrzenie na świat. Poza tym, to właśnie Fotografia uratowała mnie jako człowieka. Przekształciła, nauczyła pracować z ludźmi. Sprawiła, że stałem się bardziej otwartą osobą. Zacząłem pracować jako fotograf w wieku 19 lat i kiedy musiałem przynieść zdjęcia na konkretny temat i czas, musiałem również zmierzyć się ze sobą w kontakcie z bohaterem zdjęcia czy z jakąś sytuacją. Ten kontakt z ludźmi stawał się nieunikniony. Wtedy też poczułem taką wewnętrzną siłę oraz potrzebę, aby to zdjęcie mieć „dla siebie”. Dla zdjęcia zacząłem przekraczać nawet bariery bezpieczeństwa. Nawet dzisiaj, gdy widzę coś interesującego, to fotografuję, dopiero potem zastanawiam się czy to było bezpieczne, i czy było wolno… To bywa jedyna droga, by tę ulotną chwilę zatrzymać, chwycić w naturalnej formie – polecam to wszystkim.

Inna sprawa, że układając kiedyś zdjęcia z trzech projektów razem, zauważyłem, że niektóre kadry są niemal identyczne, mimo że projekty dotyczyły różnych tematów. To dało mi to do myślenia o sobie samym jako fotografie – do zastanowienia się, co mnie interesuje, czego szukam, co robi na mnie wrażenie. Gdy selekcjonowałem zdjęcia do Grand Prix National Geographic, ostateczny wybór widział Tomek Sikora. Zauważył, że jestem takim trochę podglądaczem, jest w tym coś… (śmiech). Nawet moi bliscy stwierdzają, że jestem ciekawski, nawet trochę jak przysłowiowa baba z bazaru: kiedy – gdzieś coś się dzieje, ktoś się z kimś kłóci, to ja zamiast zająć się swoimi sprawami, przysłuchuję się konwersacjom obcych ludzi albo sytuacjom między nimi, i to nawet czasem nie fotografując, mimo że to mój pierwszy odruch. Słuchanie, przyglądanie się, bycie w centrum sytuacji, ale w pewien niewidzialny sposób, jako milczący świadek, nieingerujący, niezauważalny… to lubię.  Bez względu na to, jaki to jest projekt, podświadomie używam podobnej strategii fotografowania, skupiam się na konkretnych ujęciach, szukam ich intuicyjnie.

 

A skłonność do tworzenia fabuły ?

Kiedy przygotowywałem się do pracy nad Szeptuchami wyobrażałem sobie kadry, które chciałem mieć sfotografowane, rodzaj „story-boardu” – dokładnie tak, jak w pracy nad filmem. Podobno nie powinno się tego robić, niektórzy twierdzą, że jest to wbrew zasadom dokumentalizmu…  Taki zarys narracji zdarza się w pracy fotografów, ale cóż, ja miałem w głowie, po prostu gotowe, konkretne kadry. Potem oczywiście, frustrujące bywa, gdy okazuje się to niemożliwe w realizacji, ale niektóre z ujęć udało mi się uzyskać niemal jeden do jeden – dokładnie tak, jak to sobie wyobraziłem. Z innej strony wiadomo, że w dokumencie „wyczekanie” czy też „wychodzenie” sobie niektórych sytuacji, to częsta, a nawet oczywista praktyka. Tak było w przypadku zdjęcia chłopaka, uzdrawianego przez szeptuchę. Słyszałem o tym wcześniej, chciałem sfotografować jedno z ich spotkań, ale długo musiałem czekać na zgodę na asystowanie. Jak już wspominałem wcześniej, bardzo lubię momenty, kiedy nikt nie zwraca uwagi na moją obecność. To była jedna z tych chwil. Izba była niewielka, do dziś pamiętam, że obserwowałem jak ten chłopak jest wprowadzany w trans, byłem zachwycony tym, że w takim małym pomieszczeniu, stoję jak nieobecny, uczestnicząc, w metafizycznej niemal , sytuacji. To było zwieńczenie mojej pracy nad tym projektem. Osiągnąłem to, co chciałem osiągnąć, być blisko, ale jednocześnie nie być zauważalnym. Powstał taki  „dokument obserwujący”. Gdybym chciał zrobić film o szeptuchach, to byłoby, być może, łatwiejsze zadanie, ale teraz po polskiej stronie bardzo trudne byłoby budowanie niezbędnych relacji. Poza tym, mało już jest takich osób, więc kontynuacji projektu raczej nie będzie. Na Białorusi tymczasem fotograf jest akceptowany, traktowany bardzo przyjaźnie. Ludzie tam są tak prostoduszni… Nie miałem żadnych problemów z wchodzeniem do domów, fotografowaniem, siedzeniem na kawie, rozmową – to niesamowity rejon, a poza tym szeptuch jest tam dużo, niemal w co drugiej wsi jest ktoś taki.

Czy to był projekt osobisty czy na zlecenie?

To była własna inicjatywa.

Dlaczego ten temat wydał się tak interesujący?

Uznałem, że nie jest to materiał o „zielarkach”, lecz zapis intrygującego zjawiska, taki projekt „żywy”. Niektórzy boją się szeptuch, uważają je za niebezpiecznie, ale są i tacy, którzy właściwie zawierzają swoje życie szeptusze… To bardzo intymne. Fascynujące było obserwowanie tej niezwykłej relacji pomiędzy osobą, która „leczy”, a tą, która „leczeniu” się poddaje. Sytuacje, w których występowały osoby o charakterze prowokatorów mnie nie interesowały. Szeptuchy mają ogromną władzę, przewagę psychologiczną nad tymi, z którymi pracują.

To chyba nie było proste  ̶  zostać uczestnikiem takich sesji?

Oczywiście. Czasem byłem nawet wypraszany, bo osoby poddające się temu procesowi, nie zgadzały się na mój udział, szanowałem to. Ale bywało również inaczej, mogłem zostać w miejscu spotkania i byłem… prawie jak szeptucha. Słyszałem bardzo osobiste wyznania, niekiedy bardzo trudne, poznawałem tragedie rodzinne… byłem niemal jak ksiądz w konfesjonale! To były bardzo ciekawe momenty, kiedy mogłem być świadkiem takiej rozmowy.

 

Dlaczego projekt Szeptuchy to odpowiedź na hasło Obecność, słowo-klucz tegorocznego Opolskiego Festiwalu Fotografii?

Rozumiem to jako próbę ujęcia fenomenu, jaki pojawia się w tych okolicznościach. To refleksja na temat istnienia niewidzialnej siły, czegoś nieuchwytnego pomiędzy dwoma podmiotami – tego, który dysponuje niezwykłą mocą, wiedzą oraz tego, który się temu poddaje. Nie wiemy, czym to jest. Moja obecność w tych miejscach to próba uchwycenia tej niewidzialnej energii, której nie potrafimy dotknąć, opisać. Obecność czegoś niebezpośredniego, niewytłumaczalnego jest tam wyczuwalna. To pojawia się intensywniej w niektórych częściach świata. Wschód Polski wydaje się również takim miejscem. Mogę dodać, że odczuwam ogromny szacunek wobec tego nienazywalnego, nienamacalnego. Nie jestem osobą wierzącą i sam nigdy nie poddałem się takiemu oddziaływaniu, „leczeniu” takiej szeptuchy. Według mnie, nie byłem tego godzien, bo nie w pełni w to wierzę. A to działa tylko wtedy, gdy te dwie osoby w to wierzą. Natomiast przystępując do pracy nad tym projektem, musiałem sobie przestawić w głowie to, co myślałem na ten temat i założyłem, że to jest prawdziwe: tak to działa, tak wygląda. Przyznam, że tak zapędziłem się w tym rygorze, że potem przyglądając się przypadkowym znakom na drzewach, widziałem w nich symbole, mimowolnie szukałem w otoczeniu znaczenia symbolicznego (śmiech). Ale trudno się dziwić – tyle jeździłem po tych ledwo widocznych, leśnych, bocznych dróżkach, uczestniczyłem w różnych dziwnych wydarzeniach, widziałem mistycznie nie-zamarzające źródełka (cudowne?), bo założyłem, że one takie są! Lewitacji może nie widziałem, ale te transy w czasie spotkań z szeptuchami – to było niesamowite! Często te osoby mówiły, że widzą Matkę Boską, Jezusa, zbliżających się do nich –  zazwyczaj wszystko to miało związek z religią chrześcijańską. Szeptuchy leczą modlitwami, choć oficjalnie jest to potępiane przez autorytety kościelne. Podlasie jest jednak rejonem fascynującym pod tym względem, gdzie niekiedy szeptuchy bywają niemal bezwzględnie wyrzucane ze spotkań czy uroczystości religijnych, a innym razem słyszało się, jak niektórzy wprost przyznawali się do związków rodzinnych z taką osobą. Spotkałem nawet księdza, który po wypadku wyzdrowiał i stwierdził, że też ma moc uzdrawiania i leczył, oczywiście nielegalne, w nocy, w przedsionku kościoła. To jest wciągające… Tak, to skądinąd dobre określenie. Zaobserwowałem również u siebie, że czasem trudno było z tym obserwowaniem skończyć, chcesz jeszcze jednego i jeszcze jednego uczestnika spotkać, oglądać, być świadkiem sesji. Bywało, że traciłem poczucie czasu uczestnicząc w tych seansach. Nie byłem w stanie określić czy byłem na tam trzy, cztery godziny. I choć byłem tylko obserwatorem, uświadamiałem sobie w jak niezwyklej sytuacji się znalazłem, często na zupełnym odludziu, w środku puszczy. Nic, co ludzkie nie jest mi obce, to po prostu psychologia człowieka… Nie ja rozstrzygam co, prawdopodobnie, może być efektem ludzkich manipulacji, a co jest czymś poza naszym rozumieniem. Przypadła mi rola świadka, a jednocześnie kogoś, jednak, z innego świata.

Szeptuchy to projekt, który składa się z dwóch części, czy będzie jeszcze kontynuacja tego projektu?

Druga część Szeptuch powstała, jako projekt na zlecenie Leica LFI Magazine. Przyznam, że powrót do tego tematu był orzeźwiający. Bardzo jestem zadowolony z tej drugiej serii, widać, że te sytuacje są wyczekane, widać, że to był naprawdę proces, długi projekt. Teraz funkcjonuje to wszystko razem i dobrze działa. Ale to już cykl zakończony.

Na koniec pytanie pół-serio: w jednym z wywiadów usłyszałam, że boli Pana określenie „fotoreporter”, trudno w to uwierzyć… ; )

(śmiech) Przyznam, że nie lubię tego określenia, choć kiedyś przecież bardzo o to zabiegałem. Teraz może nie boli, ale nie przepadam. Od 17 lat wykonuję zawód fotografa, fotoreportera, stale współpracując z różnymi podmiotami. Nawiasem mówiąc, to aż dziwnie, że zrobiłem w międzyczasie tyle osobistych projektów! Okazuje się, że to mnie jednak bardzo pociągało. Może inaczej będzie z filmami, choć to długie planowanie, zbieranie funduszy – to bardzo męczące. Nie lubię tego etapu przygotowań. Lubię etap tworzenia.

Rozmawiała Agnieszka Plech

Jakub Kamiński – Absolwent Łódzkiej Szkoły Filmowej. Od 2005 roku fotograf dziennika „Rzeczpospolita”, później Polskiej Agencji Prasowej i European Photopress Agency a obecnie fotograf agencji East News oraz współpracownik francuskiego dziennika „Le Monde”. Laureat m. in. konkursu NPPA Best of Photojournalism, China International Press Photography Contest, IPA Awards. Zwycięzca Grand Prix konkursu National Geographic oraz laureat nagrodu im. Ryszarda Kapuścińskiego i uczestnik World Press Photo Joop Swart Masterclass 2011. Swoje Reportaże realizował m.in. w Europie, Azji, Afryce, USA i Ameryce Południowej. www.kubakaminski.com , instagram: @instkaminski

Udostępnij: